Sun2432019

Ostatnie zmiany10:00:00 PM GMT

Złota dziewczyna - o swojej wielkiej pasji opowiada Krystyna Czyż

  • PDF
Ocena użytkowników: / 15
SłabyŚwietny 


O życiu, zmaganiu z chorobą, a przede wszystkim o pasji śpiewania – opowiada piosenkarka-amatorka i prezenterka telewizyjna Krystyna Czyż.

Jak tylko sięga pamięcią – śpiewała…

Nie ma dla niej miejsca, które nie nadawałoby się na to, aby sprawdzić je pod kątem jego właściwości akustycznych. Śpiewa wszędzie i o każdej porze. Kiedy jest jej smutno i źle, kiedy jest radosna i szczęśliwa. Uwielbia nucić Sinatrę i Gepert, jazz i soul, kiedy śpiewa – kwitnie. Jak się mówi o takich osobach? Mówi się, że śpiew to całe ich życie.


– Pamiętam z dzieciństwa, mieliśmy w kuchni telewizor, z którego wystawał kabel-mikrofon. Kuchnia była moją pierwszą sceną, a ja mogłam obserwować siebie w szklanej tafli telewizora – tak wspomina swoje pierwsze występy. – Druga sytuacja związana ze śpiewaniem, jaka utkwiła mi w pamięci, to roraty. Do kościoła chodziło się bardzo daleko, ponad 4,5 km i na dodatek wieczorami. Jak wracałyśmy było jeszcze ciemniej i straszniej, ale ja znalazłam sposób, aby moja młodsza koleżanka się nie bała – śpiewałam jej na cały głos (śmiech).

Mama zawsze wiedziała, kiedy wracam ze szkoły. Mieszkaliśmy na odludziu, gdzie mogłam do woli krzyczeć i śpiewać, tak że dużo wcześniej słyszała, że zbliżam się do domu. A mieszkałam w Podbuczu, w gminie Godów. Mój rodzinny dom już nie istnieje, teraz w tym miejscu jest dokładnie sam środek autostrady. Mojego domu już nie ma i wielu cudnych miejsc, które kojarzą mi się z dzieciństwem. A Podbucze było maleńką wioską – w całym sołectwie było trzydzieści sześć domów, pamiętam to dokładnie, bo mój był ostatni i miał tabliczkę z numerem 36.
 
Początki nadchodzącej kariery muzycznej
 – W szkole podstawowej, kiedy jeszcze nie było podkładów muzycznych, z których nagminnie się teraz korzysta, podstawowym członkiem/muzykiem szkolnego zespołu był kolega, który grał na akordeonie. Potem był chór w szkole średniej i mogłoby się to dalej rozwijać, ale niestety. Podjęłam pracę zawodową w ogóle nie związaną ze śpiewem, bo kiedyś priorytetem było w ogóle zatrudnienie się. Nie myślałam, aby szukać czegoś w kierunku moich pasji. A że najbliżej była kopalnia, tam się zatrudniłam w biurze. Pracowałam prawie wśród samych mężczyzn i pamiętam, jak kiedyś jeden z nich zapytał, co lubię robić w wolnych chwilach, a ja bez namysłu odparłam, że śpiewać i pamiętam do dziś chwilę ciszy i ich miny, że niby ta moja pasja jakaś niepoważna.
 
A w duszy grało…
– W duszy grało, ale nie wychodziło na zewnątrz, bo miałam bardzo niską samoocenę, bałam się, że komuś mój śpiew może się nie podobać, że może mnie wyśmiać. Kiedy pracowałam, nadeszły dla mnie ciężkie lata, bo odezwała się choroba. Mimo że mam artystyczną, wrażliwą duszę, muszę być fighterką, cały czas walczyć z chorobą, która mnie dotknęła w młodości. Jest to choroba autoimmunologiczna, czyli walka z samą sobą, z własnym organizmem i jest nieuleczalna. Ta sytuacja mnie przyhamowała, przystopowała w moich dążeniach do realizacji swojej pasji. Nawet bardzo. Pamiętam, jak tata nosił mnie po schodach na rękach, bo ja nie byłam w stanie chodzić. Choroba powodowała brak ruchomości w stawach i niesamowity, permanentny, trudny do wyrażenia ból.
 
Złota dziewczyna
Dlaczego złota? Urodzona w 1966 roku, nazywano ją dziewczyną tysiąclecia albo właśnie złotą dziewczyną, bo jedne z rzadkich lekarstw, które przyjmowała, to były sole złota, które nie wypłukują się szybko z organizmu, co powoduje, że prawie cały czas w niej są. Inna ciekawostka związana z jej rokiem urodzenia: – Moja pani z języka polskiego w liceum mówiła o roczniku ‘66, że jesteśmy poszkodowanymi dziećmi, bo urodziliśmy się w roku ognistego konia. Według kalendarza chińskiego bodaj co 19 lat jest taki rocznik, który jest poszkodowany, a dziewczynki szczególnie. Mówiła to jako ciekawostkę, jako żart, ale ja to brałam do siebie. Zawsze wtedy myślałam o mojej nieuleczalnej chorobie.
 
Rodzina
– Jestem stale pod opieką lekarzy, a co lekarz to ma inne zdanie na temat mojej choroby i macierzyństwa. Zdałam się w tej kwestii na intuicję, na swój instynkt, który we mnie drzemał, wiedziałam, że mimo mojej choroby muszę mieć dzieci. Moje pierwsze dziecko było zaplanowane, bardzo wyczekane, drugie było z wielkiej miłości – oboje są zdrowi: córka i syn. W ciąży czułam się bardzo dobrze, a najlepiej to mi się wtedy… śpiewało.

Małżonek Krystyny jest zawodowym muzykiem i to jego pierwszego zapytała, czy mógłby się rozejrzeć, popytać w środowisku, czy jest gdzieś jakieś miejsce, gdzie mogłaby śpiewać.
 
Pierwsze występy
– Pierwszy zespół, z którym się związałam, był spod Krakowa. Graliśmy głównie na weselach. Charakterystyczne w naszej współpracy było to, co zresztą miło wspominam, że nasze próby odbywały się zdalnie, bo jeżdżenie do Krakowa z racji odległości nie wchodziło w grę. Przysyłano mi podkłady i teksty, a ja uczyłam się sama. Po czym spotykaliśmy się już na weselu i bez żadnej próby występowaliśmy. I zawsze dobrze wychodziło, nawet bardzo dobrze, bo mówiono, że lepiej gramy niż niejedna góralska kapela, która wyznaczała tę najwyższą poprzeczką na tamtych beskidzkich terenach. Przygoda ta trwała rok, zespół się rozpadł, przyszło rozczarowanie…

Potem odezwał się do mnie pan z moich okolic. Miał w zespole wszakże wokalistkę, ale umiała śpiewać tylko drugim głosem (śmiech) i zaczęłyśmy śpiewać razem. Ta współpraca też nie trwała zbyt długo, znowu kolejna niespełniona nadzieja.

W zeszłym roku pojawiła się kolejna szansa – znajomi muzycy, w związku z tym, że odchodziła ich koleżanka, zaproponowali mi angaż. W celu autopromocji zaproponowano mi też prowadzenie koncertu życzeń po śląsku w rybnickiej telewizji TVT. I to już trwa rok. A do zespołu wróciła dawna wokalistka, więc mi podziękowano…

Poza tym od roku współpracuję z Kapelą ze Śląska im. Józka Poloka. Kapela ta, jak pewnie wszystkim Ślązakom i nie tylko wiadomo, założona została przez zmarłego pięć lat temu Józefa Poloka, który zostawił ją w spuściźnie swojemu synowi – Pawłowi. Tam występuję w stroju ludowym, stylizowanym na śląski.


Krystyna Czyż (po prawej) ze swoją przyjaciółką Joanną Spandel


 
Ale to wszystko nie to
Muzyka cały czas brzmi, przepływa przez jej życie, pojawia się, by po chwil zniknąć i odebrać jej kolejną szansę na śpiewanie. Najbardziej kocha standardy muzyki popularnej i takie chciałaby wykonywać.

– Widząc upływ czasu zaczynam się wycofywać, zamykać w sobie. Analizując różne sytuacje w moim życiu, jakieś niezawinione przeze mnie zdarzenia, które coraz bardziej oddalają mnie od realizacji moich marzeń, poczułam się… chora. Pewnego dnia położyłam się i nie mogłam wstać. Poczułam ogromny ból, zaczęłam płakać, jeszcze nie ze złości, że nie radzę sobie ze swoim życiem, ale właśnie z powodu strasznego bólu. Córka przybiegła do mnie, pytając, co mi jest, a ja nie mogłam powstrzymać łez. Wszystkie te złe informacje zamknęłam w sobie, poczułam się sama ze swoimi problemami. Nie miałam się komu wyżalić, nikt nie rozumiał, jak bardzo głęboko to we mnie siedzi, jak bardzo przeżywam tę niemoc. Ale tylko tak mi się wtedy wydawało. W odpowiedzi na wiadomość ode mnie odezwała się zaraz Asia, a we mnie pojawił się wentyl, z którego zeszło całe to pełne negatywnych emocji powietrze… Mogłam porozmawiać z osobą, która umie słuchać i naprawdę mnie rozumie.
 
Potrzebny menadżer, nie medyk
– Po tym ataku bólu zrozumiałam, że nie mogę się poddać, że muszę dalej próbować. Ja wiem, że jak mam możliwość śpiewania, realizowania się w tej formie, czuję się od razu lepiej; czuję się zdrowym, szczęśliwym człowiekiem, który może wszystko. Gdy śpiewam, czuję się jak osiemnastolatka, czyli jak w czasach sprzed choroby.

Krysia nie potrzebuje lekarza, ona potrzebuje śpiewać, ona potrzebuje dobrego menadżera, który umożliwi jej publiczne występowanie. Śpiew jest lekiem, antidotum na jej dolegliwości.
 
Afirmacja życia
– Nie wiem, jak to działa, ale na swoim przykładzie wiem, że wiele dolegliwości zaczyna się w głowie. Po tym ataku choroby wróciłam do ćwiczenia rytuałów tybetańskich. Zrozumiałam, że muszę wrócić do stanu równowagi, żeby moje myśli znowu biegły prostym torem, bo moja droga życiowa zaczyna się za bardzo wybrzuszać w różnych kierunkach. Ćwiczę rano, co powoduje, że mam dobry nastrój i energię przez cały dzień.
 
Języki obce nie są obce
Nie dla Krystyny. Zaczęła się uczyć angielskiego i sobie świetnie radzi, jak zapewnia jej przyjaciółka. Pracuje regularnie i konsekwentnie. A ona to tłumaczy zupełnie pragmatycznie: – Jak tu śpiewać, kiedy nie zna się angielskiego. Według niej najpiękniejsze piosenki są po angielsku.
 
Moje życie jest udane
– Mieszkało się w zapadłej wsi, wszędzie było daleko, nie było muzyków… a ja, jako nastolatka kochająca muzykę marzyłam, żeby mieć męża, który będzie umiał grać przynajmniej na gitarze (śmiech). Mój mąż umie o wiele więcej: gra na klarnecie i na pianinie, a od wielu lat jest też kapelmistrzem orkiestry dętej KWK Krupiński – jest świetny w tym, co robi. Mam utalentowaną córkę z anielskim głosem, która kształci się w kierunku profesjonalnego wokalu i jej pierwszym poważnym sukcesem jest udział w koncertach świątecznych z Orkiestrą Miejską Rybnik. Mam syna trębacza, który ukochał z kolei ten instrument, i mimo trudności z dojazdem, podjął naukę w średniej szkole muzycznej w Żorach. Ambitnie udziela się w kilku orkiestrach dętych. A ja? A ja chcę tylko śpiewać, ale nie czterem ścianom w domu, bo to jest dla mnie trochę za mało…


Dodaj komentarz


Kod antysapmowy
Odśwież

Podobne Notki:
Film „Obława” w reż. Marcina Krzyształowicza był pierwszym obrazem pokazanym w
Już w najbliższą niedzielę, 15 grudnia, w Rybnickim Centrum Kultury wystąpi znakomita wok
  Pod koniec czerwca odbył się finał 12. edycji konkursu Znak Jakości Interkl@sa po
We wrześniu w Miejskim Ośrodku Kultury w Orzeszu odbyło się niezwykłe spotkanie z Magdą Men
Dzieci spędzające wakacje w domach mają możliwość skorzystania z oferty, jaką przygotował
podziel się tą notką ze znajomymi!
współpraca